Ile to już trzydziestek piątek przewinęło się przez moje ręce, to nie zliczę: duże – małe, ciężkie – lekkie, jasne – ciemne… No nic dziwnego, to podstawowa ogniskowa w świecie stałoogniskowych obiektywów. Dziś zrecenzuję właśnie taki standard, druga odsłonę 35 Art:
Sigma 35 1.4 DG II Art
Spis treści
- Wstęp
- Budowa
- Obrazek, Bokeh, Ostrość
- Autofocus
- Użytkowanie
- Dla kogo?
- Podsumowanie
- Ocena
- Przykładowe zdjęcia
Sprzęt testuję w realnych sytuacjach z punktu widzenia fotografa a nie na tablicach testowych. Wszystkie pokazane tu zdjęcia i filmy są mojego autorstwa.
Obiektyw testowany jest z założoną osłoną przeciwsłoneczną i zadanym profilem.
Uprasza się o powiększanie zdjęć, podglądy są w mniejszym rozmiarze tak, aby szybciej ładowała się strona.
Wstęp
Można zauważyć ciekawą rzecz w przypadku Sigmy, zresztą w całej branży: schodzenie z wagi i wielkości. Można rzec, że trwa obecnie walka o to, kto zrobi lżejszy i mniejszy instrument. Trzeba zapytać: a gdzie w tym wszystkim jest jakość, rozdzielczość, plastyka? Czy ta pogoń za wagowymiariami (ukradłem słowo z komentarzy na Optycznych) nie ma ujemnego wpływu na optykę?
Przekonajmy się.
Budowa
Sigma 35 1.4 DG II Art to bardzo mały słoik – lekki i kompaktowy. Idealnie zmieści się w kieszeni. Waży zaledwie 525 g. W porównaniu z poprzednim modelem z 2021 roku długość zmniejszono o 14%, a wagę o 20%. To niezły wynik jak na różnicę 5 lat.
Biorąc go do ręki, człowiek niedowierza, że takie małe toto może produkować tak wysokiej jakości obrazy.
To maleństwo ma solidne ciałko: znajdziemy tu duży pierścień do ręcznego ustawiania ostrości pokryty karbowaną gumą. Drugi pierścień służy do zmiany przysłony; do tego mamy przełącznik jego blokady oraz przełącznik pracy (skokowej lub płynnej). Nie zabrakło przełącznika trybu AF/M oraz dwóch przycisków funkcyjnych, pod które możemy podpiąć co tam chcemy.
Obczajcie to: pod maską 35 1.4 II mamy dwa silniki liniowe HLA. Dwa silniki LINIOWE w takim maleństwie? To jak silnik odrzutowca w Fiacie 500. Ooojjj, panie Yamaki, lubicie się bawić…
Całość jest idealnie spasowana, zero luzów, a męczyłem toto na wszystkie strony. Poziom wykonania to absolutny top.
Czyste technikalia: 15 elementów w 12 grupach, w tym dwa elementy SLD, 4 elementy asferyczne, waga 525 g, 11-listkowa przysłona, rozmiar filtra: 67 mm, minimalna odległość ostrzenia: 28 cm.
Nowością jest Advanced Amorphous Coating – AAC: skutecznie eliminuje flary i bliki, nawet przy zdjęciach pod słońce. Dzięki amorficznym warstwom o niskim współczynniku załamania obraz pozostaje kontrastowy i wyjątkowo klarowny.
Poniżej schemat konstrukcyjny nowej trzydziestki piątki.
Jeszcze krótkie porównanie z poprzednią wersją 35 1.4 DG DN Art: 640 g vs 525 g oraz 109,5 mm vs 96 mm.
I parę szotów jak 35 wygląda na Zf.
Obrazek, Bokeh, Ostrość
Plastyka nowej trzydziestki piątki to połączenie nowoczesnej ostrości z niemal malarskim charakterem nieostrości. Obiektyw generuje bardzo wyraźny efekt trójwymiarowości – fotografowany obiekt dosłownie „odkleja się” od tła, które mimo dużej miękkości zachowuje swój unikalny sznycior (tzw. soap bubble bokeh).
Oczywiście, aby uzyskać taki kadr, potrzebny jest fotograf, który pomyśli: muszę podejść najbliżej jak się da i zrobić pod światełko.
Co istotne, pogoń za mniejszymi wymiarami nie odbiła się negatywnie na jakości krążków światła. Są czyste, klarowne i pozbawione irytujących efektów cebulowych. Cebulaki powstają między innymi przy niskiej dokładności polerowania soczewek asferycznych. A jak wyglądają cebulaki? Noooo, mamy kółeczko z kropeczką w środku i w tym kółeczku są pierścienie, podobnie jak w cebuli, gdy ją przetniecie na pół – paskudny efekt.
Tutaj tego nie zauważyłem. Obrazek jest soczysty, z wysokim mikrokontrastem.
Nie ma mowy o sterylnym, nudnym obrazku, Sigma potrafi zamienić zwykłe tło w plastyczną opowieść ogniem i mieczem. Większość szkieł rysuje obrazek poprawny do bólu, Sigma 35 1.4 DG II Art wchodzi w kadr z buta i robi porządek. To nie jest miękkie, budyniowe rozmycie dla grzecznych chłopców – ten bokeh ma pazur, ma charakterystyczne obwódki i strukturę, która dodaje zdjęciom dramatyzmu. Nie na darmo ma w nazwie Art, Szanowni Państwo.
Kurde zaczynam gadać jak jakiś nawiedzony audiofil. Blleeellee.
Co do ostrości, to krótko: ta Sigma to rzeźnia. Nie ma mowy o 'mydle’ na pełnej dziurze. Zakładasz toto na body, ustawiasz 1.4 i dostajesz obrazek tak ostry, że można ciąć ogórki kiszone na sałatkę. Serio, każdy detal, każda faktura – w punkt, w najmniejszym niuansie.
Kontrasty są czyste, krawędzie idealnie zdefiniowane, zero aberracji. Skośnoocy wycisnęli z tych soczewek wszystko, co się dało. Ostrość nowej Sigmy bije z każdego rogu, dosłownie.
Prawdziwy kunszt nowego słoiczka widać na nocnych fotach: te gwiazdki na latarniach to dowód na idealnie skorygowaną optykę. Rozbłyski są symetryczne jak od linijki, ostre i bez żadnego syfu czy rozlanego 'halo’ wokół źródła światła, mimo że latarnie walą prosto w gębę, znaczy soczewkę, co przy tak małym szkle jest wyczynem.
A jeszcze zdradzę Wam sikret jak uzyskać okrągłe krążki rozmycia w całym kadrze jak plena. Wystarczy przymknąć obiektyw… niesamowite, prawda? To była ironia. Pamiętajcie, że możecie sterować plastyką i obrazem w obiektywach, bo mam wrażenie, że niektórzy o tym zapominają.
Warto wiedzieć, że w Soni to przymykanie jest często wymuszone przez fizyczne ograniczenie małego bagnetu, który po prostu wycina światło w rogach – i stąd kocie oczy. Nooooo, tego fizycznie nie przeskoczymy, chyba że damy nowy bagnet, takiej wielkości jak Nikon Z, huehue.
Autofocus
Sigmę używałem na Soni A7V, Nikonie Zf i Nikonie Z9 – oczywiście na Nikonach przez Megadapa Pro+. Mam wrażenie, że to najszybsza trzydziestka piątka, jaką miałem w ręku, powiedziałbym wręcz, że agresywna, coś jak wygłodniały pitbul na krótkiej smyczy – szarpie ostrość w ułamku sekundy i nie puszcza celu ani na milimetr. Na moim Nikonie Zf działa przez adapter szybciej niż mój natywny Nikkor 35 1.2 S.
Uuuuuuu, ktoś powie: herezja! Niemożliwe! Noooo, możliwe. Odpowiedź jest banalna: Sigma 35 1.4 DG II Art posiada dwa silniki liniowe (przód i tył), podczas gdy Nikon nadal męczy krokowce, które są dużo słabsze i wolniejsze.
Przez to, że ta Sigma jest tak wściekle szybka, wszystko działa przyjemnie. Czuć tę moc zaraz po włączeniu aparatu i pierwszym przeostrzeniu – nie ma tego irytującego zastanawiania się. Soczewki śmigają z taką kulturą pracy, że masz wrażenie, że obiektyw czyta w myślach. Wykrywanie oczu, obiektów, śledzenie, wsio gra bez ograniczeń.
Widać to zwłaszcza na Soni, które po włączeniu przeładowuje obraz i jak wolne szkło to zauważyć można pompowanie, czyli załączanie korekt winietowania i zniekształceń. Jak szkło jest szybkie to nie zauważamy tego. Ot Soni technolodżija. Nikon tak nie ma, obojętnie czy szkło jest wolne czy szybkie, nie ma pomponów – to jeden z powodów dlaczego wolę puchy Nikona :)
Użytkowanie
Sigmę 35 1.4 DG II Art pomęczyłem przez dość długi okres, zimowo-wiosenny. Fociłem nią w deszczu i śniegu. Zero zająknięcia. No, prawie… bo Soni A7V mi zdechło w śniegu i musiałem wyciągać baterię – pewnie mu się pogoda nie spodobała. To tak przy okazji, bo przecież to nie wina szkła, tylko puszki.
Bardzo przyjemna w użytkowaniu. Przez to, że jest mała i lekka, podpięta do zestawu Soni A7V czy Nikona Zf daje niesamowity fun z fotografowania.
To nie jest jeden z tych kloców, które po godzinie wiszenia na szyi wywołują myśl o wizycie u fizjoterapeuty. Mamy tu zestaw, który mieści się w malutkiej torbie, a na ramieniu czy w ręce jest niemal niewyczuwalny.
Ta lekkość zmienia podejście do fotografowania – częściej podnosisz aparat do oka, częściej szukasz nietypowych kątów, bo sprzęt Cię nie męczy. Sigma 35 1.4 DG II Art udowadnia, że profesjonalna optyka nie musi ważyć tyle, co hantel na siłowni.
To dobra koleżanka do wielogodzinnego włóczenia się po mieście czy dynamicznego reportażu, gdzie stawiasz na mobilność. Osobiście zawsze zabieram mojego ulubionego Nikona Zf na wycieczki czy imprezy rodzinne. Podpinałem I-Series, bo małe, lekkie i pasujące do stylu Zf. Obecnie ta 35-tka zastępuje mi I-Series, bo przede wszystkim jest jaśniejsza, przy podobnej wielkości i wadze.
Nagminnie zacząłem korzystać z pierścienia zmiany przysłony na obiektywie. Normalnie używałem pokrętła w aparacie, ale że Nikon Zf ma manualne przełączniki, to grzech nie używać tego pierścienia na szkle. Powiem Wam, że szybciej zmienia się przysłonę niż gdybyśmy kręcili pokrętłem, poza tym jest przyjemniej i po prostu pasuje to do klimatu Zf.
Baaardzo ją polubiłem, do tego w podobnej wielkości i wadze 85 1.4 Art i można świat zdobywać :) Zobaczcie jaka jest różnica między 1.2 a 1.4. Weź teraz idź człowieku na miasto z tymi klocami 1.2, no cmon.
Chwilowy przerywnik, zapraszam Was na przegląd zdjęć z mojego wypadu do Muzeum Kolejnictwa w Warszawie. Oczywiście zdjęcia zrobione Sigmą 35 1.4 DG II Art.
Dla kogo?
Może będzie prościej napisać, dla kogo ten obiektyw nie jest: dla osób, które używają zoomów i nie chce im się przepinać stałek. Cała reszta będzie zachwycona nową Sigmą. Mały, lekki, o silnym sercu – znajdzie swój dom u 90% fotografów różnej maści. Reporterka, street foto, szybka akcja na ślubnych zabawach, czy proste wycieczki i „wizyty w zakładach pracy”.
Osobiście preferuję 1.2 do zawodowej pracy (35 1.2, 50 1.2, 85 1.2), ale na Boga, nie zawsze potrzeba takiej jasności, zwłaszcza okupionej kilogramami i gabarytami.
Ja, mając 35 1.2, i tak kupię tę 35 1.4 II z przyczyn, o których już pisałem. Idealny słoiczek do mojego Zf do codziennego focenia. Ba, ostatnio zabrałem ją na poważny event zamiast 1.2, bo w torbie ograniczone miejsce ;) Tak, wiem, że mam Nikona, ale mam też Megadapy – o szybkość i celność się nie martwię. Ten zestaw jest szybszy niż natywne szkła Z na silnikach krokowych.
A nie lepiej Nikkora Z 35 1.4 lub 1.8 S? Nie dla mnie. Po pierwsze: obydwa są wolne jak trawienie tłuszczu. Po drugie: wyglądają paskudnie. Po trzecie i najważniejsze: są po prostu optycznie gorsze.
Warto odnotować, że Sigma 35 1.4 DG II Art ma bardzo bliską odległość fokusowania i tym samym można zrobić szczegóły, np. obrączki na ślubniaku.
Poniżej macie porównanie 35 pod Nikona.
Podsumowanie
Tak, tak, tak. To jest ten rzadki moment, gdy inżynierowie dają Ci wszystko naraz i nie każą wybierać między kręgosłupem a jakością obrazka. Zejście z wagą i wielkością nie odbiło się czkawką na optyce – wręcz przeciwnie.
Aberracja chromatyczna? Zapomnij, tutaj krawędzie są czyste jak sumienie niemowlaka. Ostrość? Wywalona w kosmos już od pełnej dziury. Do tego dochodzi malownicza plastyka i madżik w nieostrościach. Sigma udowodniła, że da się zrobić szkło mniejsze, lżejsze i jednocześnie lepsze optycznie od poprzedników.
A jak dodamy do tego pancerną i przemyślaną budowę z kompletem przełączników oraz dwa silniki HLA, które trafiają w punkt zanim zdążysz pomyśleć o kadrze, to mamy instrument idealny. To obiektyw, który przywraca czystą frajdę z fotografowania i pozwala zapomnieć o ograniczeniach sprzętowych.
Jeśli szukałeś świętego Graala wśród trzydziestek piątek, to właśnie na niego patrzysz – bez kompromisów, po prostu czysta perfekcja w kompaktowym wydaniu.
Ja jestem na TAK. Kierunek odchudzania optyki, bez poświęcania jakości, jest jak najbardziej słuszny. Poprosimy teraz 300 2.8 lub 120-300 2.8. Dziękuję.
Ocena
Sigma 35 1.4 DG II Art wbija 5 punktów w pięciostopniowej skali. To obiektyw, którym chce się focić wszystko, wszędzie i o każdej porze.

+ Na plus:
- mała i lekka
- malowniczy obrazek
- ostrość
- błyskawiczny AF – dwa silniki liniowe
- uszczelniona obudowa
- powłoki hydro i oleofobowe
- budowa, made in Japan
- 3 lata gwarancji PL dystrybutora z możliwością przedłużenia do 5 lat
– Na minus:
- dostępna tylko pod Sony i bagnet L
- ograniczenia wynikające z bagnetu Sony
Przykładowe zdjęcia
Zdjęcia testowe w lepszej jakości na Flickr





























































































































































































































































































